Pięć lat kształciłem się na dziennikarza i wszystko to jak krew w piach – bo ponoć na moje miejsce czyhają groźne jak zawsze komputery. Skoro algorytm jest już bowiem w stanie przygotować prosty tekst o pogodzie, to czemu za dziesięć lat nie miałby naskrobać zamiast mnie takiego felietonu?

Na dłuższe dojazdy tramwajem zwykłem zabierać ze sobą książkę – bo czas na zagłębianie się w lekturę z wiekiem jakby i tak mimowolnie się kurczy, a przeglądanie śmiesznych piesków zostawiam sobie na spanko. Zamiast więc spoglądać tęsknym wzrokiem na motorniczych, którzy na każdym przystanku pozdrawiają się niczym Krawczyk pozdrawiający Norka, czytam ostatnio autobiografię Tomasza Lisa.

I wiem, niektórzy z czytających pewnie na mnie fukną albo uśmiechną się pod nosem, bo ten jegomość ma tylu fanów, co antyfanów, ale nijak nie chodzi mi tu o postać tego dziennikarza samą w sobie. Gdy już odsieje się jego różne spojrzenia na rzeczywistość (autobiografia to w końcu jedna z najbardziej subiektywnych form pisaniny), to przed czytelnikiem wyłania się ciekawy świat zakulisowego życia mediów i ich ewolucja na przestrzeni lat.

Gdy więc Lis zadał w swej książce pytanie retoryczne, czy młodzież jeszcze pamięta kalki, z których musiał korzystać przy jakichś tam pracach redakcyjnych na początku lat 90., zacząłem rozmyślać nad tym, jak wielki skok pod względem technologicznym zrobiły media zaledwie na przestrzeni kilku dekad. I że choć od tych kilku dekad zapowiada się wiecznie śmierć dziennikarstwa tradycyjnego, to ono – jak na złość – nie chce ostatecznie strzelić kopytami i powąchać kwiatków od spodu. Na razie.

Czy dalej kupuję tyle samo papierowych mediów, co 10 lat temu? Nie – i na pewno nie tylko ja (fot. kconcha, Pixabay License).

Długie ostatnie tchnienie

Termin „nowe media” to hasło-wytrych różnych rozważań na temat przekazu informacji, problem w tym, że jest to termin nieostry i zmieniający się z biegiem czasu. Ukuto go dobrze ponad pół wieku i wtedy za stosunkowo nowe i rozwijające się prężnie medium można było uznać np. telewizję, która dziś zdaje się stawać keçmiş, nowe to mogą być co najwyżej wszystkie dobrodziejstwa komputerowe, łącznie z Internetem na czele.

No i to właśnie te wszechpotężna Międzysieć okazuje się w XXI wieku katem wszystkiego – prasy, radia i telewizji. Po co mam słuchać bowiem radia, kiedy zamiast z góry narzuconej playlisty i serwisów informacyjnych przerywanej reklamami  maści na grzybicę miejsc intymnych (przepraszam – musiałem się wyzłośliwić) mogę wybrać wygodny i idealnie dopasowany do mnie serwis streamingowy w stylu Spotify czy Tidala?

Czemu miałbym czekać na serwis informacyjny w TV, kiedy materiały video mogę sobie samemu wyselekcjonować w serwisach internetowych? Dlaczego, do diaska (zawsze chciałem tak napisać), mam czekać na wydanie porannej gazety, skoro wszelkie info będę miał w zgrabnym newsie wiszącym na stronie już wieczorem dnia poprzedniego?

Nigdy nie było specjalnego uzasadnienia dla trzymania się „mediów tradycyjnych”, chyba, że ktoś był tzw. człowiekiem starej daty i trudność sprawiło mu przestawienie się na erę komputerową. W moim domu rodzinnym symbolem przemian okazało się zniknięcie piątkowych wydań „Dziennika Zachodniego”, które nie tylko podsumowywały informacyjnie tydzień, ale też zawierały program TV, który na początku XXI wieku był niezbędny.

Potem wszystko przeniosło się do neta, choć trzeba przyznać, że zdecydowana większość tytułów podążyła z biegiem czasu. Inne skazane były na mniejsze lub większe bęcki – i najlepszym przykładem jest tu prasa growo-komputerowa.

A oto i mój egzemplarz CD-A na 25-lecie pisma. Oczywiście dla atencji przesłałem tę fotkę do redakcji.

Papiery wartościowe i bezwartościowe

Termin „kultowy” jest wyświechtany do granic możliwości, utarty, niczym ulubione buty, których nie chcemy wyrzucić, mimo, że już podeszwy się od nich odklejają. Myślę jednak, że akurat użycie tego przymiotnika w odniesieniu do magazynu (Nie gazety!) CD-Action nie będzie ani trochę nadużyciem. W gronie polskich graczy i graczek, zwłaszcza tych, którzy przygodę z elektroniczną rozgrywką rozpoczynali w latach 90. I 00. CD-Action stanowi jakąś wspomnieniową kotwicę, kamień milowy growych doświadczeń. Bardzo ważny symbol.

Symbol, który z biegiem lat niemal padł i trzeba go było przywracać do życia ze stanu śmierci klinicznej.

Ktoś mógłby zapytać, jak to możliwe, że magazyn tworzony w niemal „luksusowym” formacie – duży objętościowo, na ładnym papierze, z dołączanymi płytami CD, DVD i innymi szmerami-bajerami , z naprawdę ciekawą i różnorodną treścią w ramach gamingowego światka – doszedł do punktu, w którym nieomal wyzionął ostatnie tchnienie? No cóż, CDA po prostu w pewnym momencie „odjechał peron” i to, o dziwo, właśnie ten technologiczny.

Jakoś po roku 2010 – a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie – czasopismo  zaczęło tracić grunt pod nogami. I analiza tej sytuacji nadawałaby się na jeden cały, zupełnie nowy felieton, ale tutaj dość powiedzieć, że we Wrocławiu przegapiono właśnie coraz bardziej dynamiczny rozwój mediów w Internecie.

Nie postawiono, co zdumiewające, na ulepszenie serwisu internetowego pisma chociażby pod względem graficznym i dalej wyglądał on jak żywcem wyjęty z okolic 2008 roku. Kompletnie olano także stworzenie działającego na pełnych obrotach kanału YouTube, który pozwoliłby na szybkie reagowanie na różne wydarzenia i tworzenie pewnego urozmaicenia (przykład tvgry.pl pokazał, jak wielka może być siła takiej formy rozprawiania o elektronicznej rozgrywce).

Wynikało to ponoć z tego, że to wydawnictwo  – w tym przypadku Bauer – było niechętne nie tylko rewolucjom, ale i ewolucji, a tak przynajmniej twierdziły w zeszłym roku osoby, które na różnych etapach życia były związane z pismem. Koniunktura magazynowa się w końcu załamała i z kury znoszącej złote jaja, z tytułu, któremu niestraszne były zawirowania na rynku prasy, który twardo trzymał się w dystrybucji, CD-Action przeszło do stanu nieomalże trupa, którego ledwo reanimowano. Brak zmian, choć nie był tu jedynym czynnikiem, na pewno zaważył na ówczesnym losie magazynu.

Na szczęście znalazł się nowy inwestor i już niebawem  – bo 1 kwietnia 2021 roku (i to nie żart) ukochane przez wielu, w tym wyżej podpisanego, CDA będzie obchodzić – uhuhu – 25-lecie istnienia. Może w nieco okrojonej względem złotych czasów formie, może mozolnie się zmieniając – ale na szczęście.

Nie można tego jednak powiedzieć o wielu innych tytułach, zarówno tych skierowanych konkretnie na tematykę gier komputerowych, jak i ogólnie traktujących o komputerach czy nowych technologiach. Nowe czasy, wraz z rozwojem Internetu, zmiotły z rynku wiele z nich, co jest tym bardziej ciekawe, że to właśnie po pismach o tego typu profilu spodziewalibyśmy się szybszego dostosowywania, większej elastyczności. Najciemniej jak widać jest pod latarnią.

Ta fotka nie ma żadnej mądrej historii za sobą. Po prostu wydała mi się z jakiegoś powodu śmieszna, dlatego chciałem się nią podzielić (fot. geralt, Pixabay License).

A kiedy przyjdzie także po mnie algorytm pogody newsowy

Pociągam ze smutkiem nosem nad dotychczasowymi losami różnych mediów, a powinienem chyba być nieco bardziej wrażliwy na losy ludzkie, a tu dzieją się prawdziwe dramaty – już na pierwszym roku studiów, gdzieś na początku 2014 roku, robiłem z kumplem projekt na jakieś zapomniane przez cywilizację zajęcia o mediach i trafiłem na informację, że któraś z kalifornijskich gazet zaczęła regularnie testować bota, który miał pisać artykuły na temat pogody. Nie generować statystyki i wrzucać w tabelkę – tworzyć normalne, tekstowe opracowania bliskie materiałom przygotowanym przez człowieka.

Pomyślałem sobie wtedy – no nieźle, zanim zdołam zawalić pierwszego kolosa na dziennikarstwie, to moja obecność w mediach będzie całkiem zbędna, skoro z coraz większym prawdopodobieństwem maszyna będzie mogła wykonywać moje zadania. W zasadzie już niebawem minie dekada od tamtego wydarzenia, a ludzie w świecie mediów tak jak byli, tak są i jeszcze pewnie przez chwilę będą.

Nie mam wątpliwości, że nie tylko świat mediów, ale cały świat pracy ludzkiej będzie z roku na rok coraz bardziej automatyzowany – do tego stopnia, że kiedyś, hen, w dalekiej przyszłości, powszechne będą wypłaty za samo istnienie, tylko po to, żeby gospodarka działała – bo pracy dla ludzi, których będzie coraz więcej, będzie coraz mniej. W związku z tym algorytmy załatwią za nas mnóstwo spraw związanych z przekazywaniem informacji – zbiorą dane, opracują je w sensownej kolejności, a potem podadzą w poprawnie językowo formie, ucząc się zresztą na swoich błędach i ulepszając swoje dzieła.

Z jednej strony może się to wydawać czymś strasznym dla kogoś, kto para się dziennikarstwem czy inną pracą opartą o pisanie tekstów. Z drugiej strony, paradoksalnie, zaistnieje kiedyś grono szczęściarzy, które traktowane będzie elitarnie, bo słowo skreślone ludzką ręką będzie czymś wyjątkowym i unikalnym w świecie maszyn piszących w trybie mechanicznym.

Materiały pochodzenia ludzkiego (jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi) będą więc materiałem ekskluzywnym, ale zawsze na swój sposób potrzebnym. Bo dopóki nie ziści się wizja z jakiegoś katastroficznego filmu science fiction, w którym maszyny uzyskały samoświadomość i teraz chcąc nas unicestwić, to człowiek, mający właśnie to poczucie samoświadomości, jakiegoś piękna, estetyki pisania – będzie o ten jeden krok przed maszyną.

Program może mi napisze omówienie prognozy pogody, ba, nawet artykuł merytoryczny. Ale na razie skromny felietonista w świecie zer i jedynek może zapadać każdego wieczoru w sen ze spokojnym oddechem.

Na razie więc skrobię sobie teksty i będę je skrobał jeszcze długo. Tymczasem będę obserwował śmierć mediów tradycyjnych, które umierają, umierają i umrzeć nie chcą. No ale kiedyś w końcu staną się faktycznie jedynie ciekawostką, a tuż po nich stanę się nią ja – człowiek piszący. I będzie to co prawda jedynie ciekawostka – ale za to jaka ekskluzywna!

SmartMe tərəfindən Polşa Ağ Ev

SmartMe tərəfindən Polşa Xiaomi qrupu

SmartMe promosyonlar